Dominacja w drugiej połowie
Gdyby mecze w naszej lidze trwały 20 minut, to wtedy to spotkanie skończyłoby się zasłużonym remisem, ale u nas gra się 40 minut dzięki czemu ELTECH może cieszyć się z 3 punktów. Fioletowi w drugiej połowie grali koncertowo, co przełożyło się również na wynik.
Pierwsze minuty to spokojne rozgrywanie piłki i poznawanie przeciwnika. Emocje zaczęły się od 11. minuty kiedy to wpadającego w pole karne przeciwnika Damiana Konopkę fauluje Łukasz Filipowicz, a sędziowie bez zawahania wskazują na rzut karny. Do futbolówki podchodzi Łukasz Kania, ale nie trafia. Za wyjątkiem tego zmarnowanego karnego Kania zagrał tego wieczora naprawdę wybornie, rządził defensywą Fioletowych niczym niegdyś Rio Ferninand w MU, albo Jaap Stam w AC Milan.
Jak głosi stare piłkarskie porzekadło: „niewykorzystane okazje się mszczą” i tuż po tej zaprzepaszczonej dobrej okazji na wyjście na prowadzanie przez Fioletowych ich przeciwnicy pokonali Piotra Dziubę. A wykonali to w wyborny sposób - Krzysztof Michałowski zagrał świetną długą piłkę do Daniela Adamczuka, a ten strzałem z powietrza skierował futbolówkę do siatki. Smolarczyk i spółka zrozumieli, że trzeba wziąć się do pracy i szybko zripostowali oponentów golem autorstwa Mateusza Postka, który zaliczył trafienie piętką.
Najwidoczniej zawodnicy ELTECH są jak samochód w zimie - najpierw trzeba ich rozgrzać, żeby chodzili jak należy. Grzegorz Pasim dał prowadzenie swojej drużynie już na początku drugiej odsłony i skierował ją na właściwe tory. Fioletowi grali swoje nie zważając na przeciwnika. W 27. minucie Adam Bratkowski pokonał Rafała Fabisiaka, a niecałe 60 sekund później tę sztukę powtórzył Michał Maśnicki.
Pomarańczowi w drugiej połowie atakowali z mniejszym zapałem niż na początku i albo mylili się dosłownie o centymetry albo świetnie bronił Piotr Dziuba. Na zakończenie swoją cegiełkę dołożył Patryk Tywonek i skończyło się na 5:1.
ELTECH jeśli będzie szlifować obecną formę może narobić hałasu w naszej lidze, natomiast ING Lease muszą popracować nad skutecznością, a wtedy…
Damian Ambrochowicz
